Koniec

Dziękuję bardzo osobom, które wchodziły i może nawet jeszcze wchodzą na tego bloga. Specjalne podziękowania dla Marty, która czytała wszystkie moje notki i każdą z nich szczerze komentowała. Alice Spencer, która nie szczędziła słów i zawsze pisała od siebie; w sumie to przez ciebie piszę te podziękowania! ;). Oczywiście także Weronice, bez której nie byłoby tego bloga.Kwestią czasu było pójście w jej ślady i definitywne zamknięcie bloga.
Wiem, że nie wymieniłam wszystkich, którzy komentowali. W mojej pamięci jest jeszcze Ola, która mimo swojej czasem niepoprawnej polszczyzny podnosiła mnie na duchu; Marla S, która chyba nie powiedziała mi złego słowa; Sandrze, która jako jedna z nielicznych zameldowała obecność; Sanny, która wiernie wszystko czytała; i nawet tobie, Aleksandro (!), którą zabiłam kilka (naście?) razy w swoich opowiadaniach. Przynajmniej dzięki temu miałam wenę :D

To na pewno nie wszyscy i jeśli kogoś pominęłam to nie było to specjalnie. I przepraszam.

Ale tak, to koniec bloga. Teraz już chyba definitywny.
Tę notkę piszę nie dla siebie, ale dla was, żeby nie było, że odchodzę bez żadnego słowa pożegnania. Może kiedyś jeszcze coś napiszę… Ale wtedy już chyba bez BTR chociaż kto wie…

Dziękuję za wszystkie komentarze, opinie i wyświetlenia. Oraz że miałam dla kogo pisać ;)

A teraz baner… Obowiązkowy :D

The Clone – Part Two

~*~

                Obudziły mnie dopiero promienie porannego słońca. Padały na twarz i drażniły oczy. Zakryłam twarz kołdrą, ale nie podziałało tak, jak oczekiwałam, tylko zrobiło mi się gorąco.
Jęknęłam i gwałtownie podniosłam się do pozycji siedzącej. Przeczesałam włosy palcami. Na głowie miałam istny stóg siana. Zapomniałam przed snem je spiąć i teraz spędzę pół dnia na rozczesywaniu kołtunów.
Odrzuciłam kołdrę i wykopałam się z łóżka. Mimowolnie zerknęłam w lustro wiszące na ścianie. Cały czas byłam w tych samych ciuchach co wczoraj. Z jednym wyjątkiem. Miałam pomalowane oczy i usta. Nie pamiętam, żebym nakładała wieczorem makijaż. Nigdzie nie wychodziłam.
Mój mózg był zbyt otępiały snem, żeby dociekać się prawdy. Poczułam suchość w gardle. Zignorowałam swoje odbicie i wyszłam na korytarz. W połowie drogi do kuchni usłyszałam głos Logana:
- Ślicznie ci w tej bluzce.
Zamarłam. Do kogo on to mówił? Co on w ogóle robił w moim domu? Ojciec go wpuścił? Odpowiedź dostałam szybciej, niż bym chciała.
- A ty częściej powinieneś chodzić tak jak teraz – odezwałam się. Tylko, że ja nic nie powiedziałam. Dlaczego ktoś mówił moim głosem? Kolejne pytanie do kolekcji.
Zagryzłam drżące wargi i prawie że pobiegłam w ich stronę. Kolana się pode mną ugięły na widok mojego chłopaka obejmującego dziewczynę wyglądającą dokładnie tak jak ja. Miała na sobie czarną bluzkę na ramiączkach z dużym dekoltem i obcisłe jeansy. To samo, co miałam na sobie ja.
Logan zaś ubrał się tylko w luźne spodnie od dresu. Od dresu mojego brata. Nic nie zakrywało jego nagiego torsu. Nie musiałam być rozbudzona, żeby dojść do jednego możliwego wniosku.
- Co do…?
Logan znużonym wzrokiem popatrzył w moją stronę. Początkowo nie dotarło do niego to, co widzi, ale gdy tylko uświadomił sobie swoje położenie w tej dziwnej sytuacji, odskoczył ode mnie-nie-mnie.
- Patricia? – wydukał.
Popatrzył na mnie, później na mojego sobowtóra, potem na mnie i znów na nią. Jak mógł nie zauważyć, że to ona jest podróbką?
- Nie mówiłaś, że masz siostrę bliźniaczkę – powiedział oskarżycielskim tonem, dalej oszołomiony. Zabolało mnie, że zwrócił się nie do tej, do której powinien.
Chciałabym, żeby tak było. Wyjaśnienie jednak było rozegrane według innego scenariusza. Mój ojciec mnie wykorzystał. Sklonował mnie bez mojej wiedzy i zgody. Jego maszyna działała, a on był chory psychicznie. Nie musiałam już w tej kwestii szukać potwierdzenia.
- Bo nie mam – odezwałyśmy się w tej samej chwili. Nie sądziłam, żeby to był czysty przypadek.
- W takim razie co do cholery jest grane?!
Twarz Logana wykrzywił grymas wściekłości. Zrobił dwa kroki do tyłu, zwiększając odległość między sobą a moim sobowtórem.
- Też chciałabym wiedzieć – odpowiedziała mu dziewczyna. – W ogóle co to robi w moim domu?
- W twoim domu? To jest mój dom! – krzyknęłam.
Gdy czytałam książki z rodzaju fantastyki naukowej, w których był wykorzystany element klonowania, nie wyglądało to tak jak w tym przypadku. Tam zawsze sobowtór był uzależniony od prawdziwej osoby. Wiedział tylko i wyłącznie to co ona. Widać autorzy się mylili, albo mój ojciec poszedł w bardziej zaawansowaną technologię.
- Tatuś ci nic nie powiedział, jak widzę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy ze swojego położenia – wysyczała przez zaciśnięte zęby.
Przeoczyłam moment, w którym wzięła do ręki nóż. Skierowała go w moją stronę i zaczęła do mnie iść. Jej oczy były dokładnie takie same jak moje, miałyśmy taki sam makijaż. Tylko, że jej nie wyrażały głębi, sprawiały wrażenie pustych. Jak Logan mógł to przeoczyć?
Początkowe zdezorientowanie ustąpiło miejsca wściekłości. Mój sobowtór spał z moim chłopakiem. Do tego jeszcze teraz zamierzał mnie zabić. Czy ja naprawdę nie mogłam mieć normalnej rodziny?
Dziewczyna była coraz bliżej. Logan wycofał się dyskretnie za kuchenną wyspę i z tamtego pozornie bezpiecznego miejsca obserwował scenę rozgrywającą się kilka metrów przed nim. On przynajmniej nie był w bezpośrednim zagrożeniu.
Gorączkowo zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu w poszukiwaniu jakiejś broni. Byłam za daleko, żeby sięgnąć po kolejny nóż, a w zasięgu mojej ręki nie leżało niż przydatnego. Co mi przyszło? Zginąć z rąk swojego klona? Nie o takim końcu marzyłam.
- Jest jedna pozytywna strona tej sytuacji – zamruczała z chytrym uśmieszkiem. – Przynajmniej wiemy, że te godziny, które ojciec spędzał w laboratorium nie poszły na marne. Jego wynalazek działa.
- To nie jest twój ojciec – warknęłam tylko. Na nic inteligentniejszego nie mogłam się zdobyć.
- Jest. To on mnie stworzył. Tak jak i ciebie, wiesz?
- Dziewczyny… – Logan próbował zwrócić na siebie naszą uwagę, ale obie zgodnie go zignorowałyśmy.
Zamknęłam oczy. Wolałam nie patrzeć na wyraz jej twarzy, gdy będę umierać. Nie chciałam nic oglądać. Może pomyślą, że przyjęłam to z pokorą? I tak nikt się nie dowie o mojej śmierci. Nawet nie zauważą różnicy między mną a sobowtórem. Skoro Logan nie wie, która to która, to czemu inni mieliby się domyślić? Walcząc, robiłabym niepotrzebne problemy.
Uniosłam powieki, gdy chłodny czubek noża dotknął mojego brzucha.
Nigdy.
Nie pozwolę, żeby w taki sposób usunięto mnie w cień.
Zacisnęłam dłoń na trzonku noża, powyżej jej palców. Szybkim ruchem wyrwałam jej go z dłoni i obróciłam w jej stronę. Tak jak od początku powinno być.
Dziewczyna nawet nie mrugnęła, gdy przystawiłam zimną stal do jej serca i pchnęłam. Natychmiast cofnęłam rękę. Poczułam impuls elektryczny w całym ramieniu, nie mogłam się ruszyć.
Mój sobowtór zachwiał się na nogach i osunął się na podłogę. Jej oczy zrobiły się jeszcze bardziej puste, już zupełnie straciły w sobie życie.
- O mój Boże – wyszeptałam.
Przerażona popatrzyłam na Logana. On także był zaskoczony. Wlepiał we mnie wzrok z otwartą buzią. Nic nie powiedział. Nie był w stanie.
Prawda zaczęła powoli do mnie docierać. Była zbyt nieprawdopodobna, żebym mogła w nią uwierzyć, ale to wydarzyło się naprawdę. Zabiłam kogoś. Nawet jeśli tym kimś była osoba powiązana ze mną, morderstwo pozostawało morderstwem.
Drżałam na całym ciele, a łzy zaczęły spływać po policzkach. Wszelkie odgłosy dolatywały do mnie jakby przez jakiś filtr.
Przybiegł mój ojciec i podszedł do ciała na podłodze. Zbadał jej puls, zamknął powieki i ułożył delikatnie na posadce. Dla mnie liczyło się jedno. Nóż pozostał na swoim miejscu.
- Jak mogłaś?! – wydarł się na mnie. – Zabiłaś moją jedyną córkę!
Nie, chciałam powiedzieć. Zabiłam klona, którego stworzyłeś. Byłam jednak zbyt roztrzęsiona. Reakcja taty też nie pomogła. Niby czego oczekiwałam? Że przyjdzie, przytuli mnie, poklepie po ramieniu i powie, że tak trzeba było?
- Skąd pan wie, że to Patricia nie żyje? – wtrącił się Logan. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
- Tylko klon byłby zdolny do zabicia kogoś. Moja córka nigdy by tego nie zrobiła – silił się na spokój, ale w jego wnętrzu szalały emocje.
- Ale to jestem ja! – krzyknęłam najgłośniej jak tylko pozwalał mi mój oszołomiony stan.
- Nie. Nie jesteś moją córką.
- Nie może udowodnić? – znowu Logan. Bronił mnie. A ja go nienawidziłam.
- Klon wie dokładnie to samo, co prawdziwa osoba. O cokolwiek ją zapytamy, nawet o bardzo osobiste rzeczy, odpowie poprawnie. Nie mogę… – urwał, potrząsając głową. Próbował odgonić łzy.
- Tato – szepnęłam.
Podniósł głowę i popatrzył na mnie. Nigdy nie widziałam w czyichś oczach tak dużej ilości nienawiści.
- Odebrałaś mi ostatnią rzecz, na której mi zależało. Nie powinienem był cię tworzyć. Nienawidzę cię.
Miał rację. Nie powinien. Tylko że pomylił osoby.
- Logan, pomożesz mi? Musimy ją zniszczyć.
- A Patricia?
- Nie żyje. Zabiła ją. To ja ją zabiłem.

The End

————————–

Przepraszam, że tak długo, ale mam nadzieję, że było warto czekać ;)

Teraz pytanie techniczne. Macie ochotę przeczytać prolog nowego opowiadania? Takiego dłuuuugiego w stylu Ticket to Love? Jak będzie dużo osób za to dodam. Piszcie w komentarzach co sądzicie ;)

PS. Nie zauważyłam, że już jest ponad 41 tysięcy wyświetleń! Dziękuję!

The Clone – Part One

Nie zwracałam zbytniej uwagi na mrugający mi przed oczami ekran telewizora. Przedtem z nudów oglądałam jakąś francuską operę mydlaną. Nie sądziłam, że Francja też produkuje takie coś. Teraz leciały wiadomości. Dobijające, makabryczne, żałosne. Tak właściwie o życiu mojego ojca dowiadywałam się tylko z telewizji publicznej. Nie zadawał sobie trudu, żeby ze mną pogadać przy kolacji, zapytać co w szkole. Do tego trzeba by było jeść razem kolację.
I tylko z ciekawości jeszcze nie wyszłam z pokoju. Informacje o naukowcach podawali zawsze na samym końcu przed żartem dnia. Dlatego też siedziałam i dzielnie wpatrywałam się w ekran. Dzisiaj nie popełniono chyba zbyt wielu morderstw i nie wręczono łapówek, dlatego też prezenterka sprawnie przeszła do interesującego mnie tematu.
- Współczesna nauka wykorzystuje bardzo niekonwencjonalne metody. Aktualnie najnowszym wynalazkiem firmy Scienta Nastra jest produkt powodujący samoistne cofanie się nieoperacyjnych nowotworów. Wszyscy chorzy mogliby odetchnąć z ulgą gdyby nie fakt, że ośrodek badawczy nie otrzymał zgody na przeprowadzenie testów i nie zanosi się, żeby to szybko zmieniono. Badania muszą zostać przeprowadzone na człowieku, tylko w ten sposób będzie można sprawdzić, czy nowy lek działa i wprowadzić ewentualne poprawki. Niestety, według prawa jest to nielegalne.
Ojciec nawet nie napomknął o leku. Jakoś mnie to nie dziwiło, a zapasy wściekłości już wielokrotnie uległy wyczerpaniu. Straciły swoje paliwo.
- Tutaj jednak pojawia się nieprawdopodobna idea doktora Stanley’a. Znalazł on lukę w prawach medycyny. Jest tylko mały problem – trzeba wynaleźć maszynę do klonowania.
Później już nie wspominali o moim tacie. Zaczęli się rozwodzić na bezsensowności nauki i innych bzdetach. Jednym ruchem ręki wyłączyłam telewizor i ekran spowiła ciemność. Miałam dość. Ci ludzie nic nie wiedzieli, ale przynajmniej dali mi dużo do myślenia. Dostawałam nowe powody, żeby sądzić o chorobie psychicznej ojca. Czy on się kiedyś otrząśnie po stracie mamy? Kochałam ją przecież tak samo jak on, ale jego reakcja nie ułatwia mi życia. Minęło już tyle lat, a on dalej krąży wokół swoich ideałów, jakby nie mógł przyjąć do wiadomości, że mamy nie ma. Odeszła. Nie żyje. A my musimy sobie radzić bez niej.
Prawie krzyknęłam na dźwięk nowej wiadomości. W salonie było tak cicho, że nawet słysząc odgłosy mojego własnego oddechu czułam się nieswojo. Niedługo popadnę w prawdziwą paranoję.
Wzięłam dwa głębsze wdechy. Za trzecim wypuściłam powietrze z sykiem przez zęby. Dopiero wtedy sięgnęłam po telefon i odczytałam wiadomość.

O 20 pod kinem?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Byłam pewna, że autorem jest Logan. Nie musiałam nawet patrzeć, żeby się upewnić. Po prostu wiedziałam.
Szybko zaczęłam pisać odpowiedź.

                Jasne. Na co idziemy?

Odłożyłam telefon na stolik przed kanapą i wstałam. Teraz miałam dodatkowy pretekst, żeby zejść do laboratorium ojca i z nim porozmawiać.
Nogi jakby wrosły mi w podłogę. Byłam pewna, że nie pozwoli mi wyjść z domu. Od blisko miesiąca byłam na każde jego skinienie, zamknięta w czterech ścianach. To był cud, że mogłam chodzić do szkoły. Jeszcze.
Odpuściłam już sobie nawet pytanie taty o zgodę na spotkania z Loganem, ale tym razem zamierzałam przyjąć zaproszenie swojego chłopaka. Tym bardziej, że była sobota.
Powoli zaczęłam kierować się w stronę piwnicy. Nie puści mnie do kina, to było dla mnie oczywiste, ale nie mogłam nie spróbować.
Nigdy nie lubiłam holu w naszym domu. Zawsze był taki zimny i ponury. W kącie stał ohydny stolik do kawy. Gdy się tu wprowadziliśmy, stał w salonie. Mama chciała go wyrzucić, ale poprzedni właściciel stanowczo tego zabronił. Ponoć to była ważna pamiątka rodzinna, której nie mógł ze sobą zabrać. Stolik zamiast na wysypisku wylądował między pajęczynami i kurzem. Od tamtego feralnego dnia nikt nawet go nie dotknął. Tak jak innych rzeczy związanych z mamą. Teraz owszem, zauważałam ich obecność, ale już nie uciekałam do pokoju z płaczem. To i tak nie poprawiało mi samopoczucia.
Otworzyłam drzwi do laboratorium i zeszłam na dół. Zadrżałam. Tu zawsze było chłodno. Tata uważał, że w zimnie lepiej mu się myśli.
Pokonałam ostatni stopień i stanęłam na brudnej podłodze. Nasza piwnica była podobna do lochów w filmach fantasy, w których trzymano złoczyńców. Pomimo dużej ilości sztucznego światła przypominała więzienie. Albo tajną bazę wojskową.
- Tato? – zawołałam.
Brak odpowiedzi. A czegoż innego miałam się spodziewać? Cud, jeśli w ogóle zaznaczy swoją obecność.
- Tato? Mogę cię o coś zapytać?
Minęłam różne nie-wiadomo-jak-bardzo-dziwne urządzenia, biurko zasłane papierami i stanęłam przy maszynie odrobinę wyższej ode mnie. Tata oglądał ją z wielką uwagą, ale przerwał, gdy zauważył, że tu jestem. Posłał mi wymuszony uśmiech.
- O co chcesz zapytać?
Przynajmniej wykazuje fałszywe zainteresowanie.
- Mogę dzisiaj iść z Loganem do kina?
- Skarbie…
I już wiedziałam, że usłyszę nie. Niepotrzebnie tu schodziłam.
- Dlaczego?
- O której? – przerwał mi.
- O dwudziestej – mruknęłam bez przekonania.
- Nie uważasz, że to trochę za późno? Wrócisz wtedy koło północy.
- Jest sobota, a ja jestem już dorosła.
- Ale jesteś moją córką i się o ciebie martwię.
- Tato…
- Nie.
Proszę bardzo. Patricia – jasnowidz. Już wiedziałam, gdzie zatrudnię się w wakacje. Może tam będzie ze mnie jakiś pożytek.
- A będziesz miał coś przeciwko, jeśli zaproszę Logana do nas? – Tym razem chciałam usłyszeć nie. – Oglądniemy jakiś film w salo…
- Tak.
- Bo? – siliłam się na spokój.
- To jest ostatnia fasa badań, nie chcę, żeby coś się zepsuło. Potrzebuję ciszy i wyłącznie ciszy, której nie będę miał z wami. Będę odchodził od zmysłów i zamartwiał się, czy nie robicie nieodpowiednich rzeczy na górze. Nie będę mógł pracować.
W tej chwili wypadałoby mi zapytać, o jakie badania chodzi, ale nie chciałam mu dać tej satysfakcji. Było jedno z dwóch; rak albo klonowanie. Może tym razem zajął się tym drugim, bo pierwszy temat przewałkował już chyba w każdą możliwą stronę.
- Więc pozwól mi iść do kina.
- To nic nie zmieni. Będzie jeszcze gorzej, bo nie będę wiedział co robicie.
- Więc pozwól zaprosić mi do nas Logana. Wybierz mniejsze zło.
- Nie – uciął krótko i odwrócił się w stronę podejrzanie wyglądającej maszyny.
- Tato?
Albo mnie nie usłyszał, albo zignorował. Zaczął coś gmerać w urządzeniu i już nie widział poza nim niczego. Wychodziło na to, że tak wyglądał koniec naszej rozmowy. Zawsze było tak samo, powinnam się przyzwyczaić do jego obojętności, ale ona dalej mnie raniła. Mój własny ojciec. Ile ja bym dała, żeby mama tu była i wybiła mu tę głupotę z głowy. Wypadek po prostu się zdarzył. Można by nawet powiedzieć, że to dzięki niemu wykryto u niej  guza i zaczęto leczenie, ale znaleziono go za późno. Do taty to nie docierało. Ubzdurał sobie, że gdyby mama wtedy nie wsiadła do samochodu, dalej by żyła.
- Idę do siebie – powiedziałam w przestrzeń. Nie popatrzyłam, czy te słowa zwróciły czyjąś uwagę. Wiedziałam, że nie.
Nie zanotowałam nawet momentu, w którym pokonałam drogę z piwnicy do swojego pokoju. Po prostu się w nim znalazłam. Nie sądziłam, że tyle potrafią zdziałać negatywne emocje.
Nie miałam siły ani ochoty odwoływać randki z Loganem. Przez chwilę, dosłownie przez ułamek sekundy myślałam,  czy może się nie wymknąć z domu i potajemnie pójść z chłopakiem do kina. Ojciec i tak nic by nie zauważył. Więc dlaczego tego nie zrobiłam? Zdanie taty przecież już dawno przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie.
Zmęczona i wściekła opadłam na łóżko. Zrzuciłam buty, wpełzłam pod kołdrę i udawałam, że nie ma mnie dla nikogo.

——————————————

Takie trochę inne. W drugiej części będzie trochę więcej sci-fi xd.
Mam nadzieję, że spodoba się wam takie coś bez takiej ilości miłości jak zwykle.
Kto przeczytał, komentuje! Zostawcie swoją opinię poniżej bo zależy mi na waszym zdaniu ;)

A tak wgl… Jeśli chcecie to zapraszam na mojego Instagrama! @ewuniuniaa
Do następnej… :D

Liebster Blog Awards – 2

Zostałam nominowana przez Weronikę, Martę i Marcelę, za co każdej dziękuję ;)

Pytania od Weroniki:

1. Twój idol?
Odp. Theo James, Danila Kozlovsky, Kendall Schmidt, Josh Hutcherson… I wiele więcej xd
2. Czy jest jakaś piosenka, która pomaga Ci pisać?
Odp. Aktualnie M83 – I need you i Heffron Drive - Parallel
3. Ulubiony gatunek filmowy?
Odp. Komedia, romans, fantasy xd
4. To twój pierwszy blog?
Odp. Pierwszy z opowiadaniami, ale tak, to już któryś kolejny xd.
5. Co uważasz za najważniejsze w życiu?
Odp. Życie w zgodzie ze sobą i akceptowanie tego, kim się jest.
6. Ulubiony aktor?
Odp. Theo James i Danila Kozlovsky <4
7. Gdybyś miała wybrać film, który oglądała byś do końca życia, jaki był by to film?
Odp. Huhuhu…. Niezgodna, Akademia Wampirów albo Zmierzch xd.
8. Ulubione męskie imię?
Odp. Kendall <4
9. Masz zwierzę domowe? Jakie?
Odp. Wyimaginowanego różowego słonia o imieniu Konrad xd
10. Jak opisała byś swój blog w dwóch słowach?
Odp. LOVE ZONE XD

Pytania od Marty:

1. Jaka jest Twoja szkolna ksywka?
Odp. Ewuniunia albo Smuś, jeśli to można uznać za ksywki xD
2. Jaka jest Twoja ulubiona serialowa para?
Odp. Serialowa? Nie oglądam zbyt seriali ale… HALEB z PLL xd
3. Jaki jest Twój ulubiony film?
Odp. Zmierzch, Niezgodna, Akademia Wampirów..
4. Masz ulubiony odcinek serialu Big Time Rush? Jak tak, to który?
Odp. Big Time Surprise!
5. Jaka piosenka jest na samej górze Twojej Playlisty?
Odp. Teraz HD – Parallel i M83 – I need you
6. Jakie książki czytasz z własnej woli?
Odp. Fantastyka, romasne, sci-fi… Dużo. Nienawidzę tylko historycznych i nie przepadam za wojennymi.
7. Którą z supermocy Supermana wzięłabyś dla siebie?
Odp. A bo ja wiem jakie on ma? Tak, wiem. Ignorantka xd.
8. Na jaki kolor najczęściej malujesz paznokcie?
Odp. U rąk – bezbarwny. U nóg – czarny.
9. Używasz szminki/błyszczyka?
Odp. Nope.
10. Słuchasz czasami starych piosenek?
Odp. Beatelsi!!
11. Kto jest twoim ulubionym superbohaterem?
Odp. Spierman (Wera xd)
Pytania od Marceli:
1. Kim chcesz być w przyszłości?
Odp. Kimś znanym i szanowanym. Chciałabym być pisarką ale…
2. Czego nie lubisz?
Odp. Mojej nauczycielki wuefu, angielskiego, egzaminów, gdy nie mogę znaleźć końca taśmy, tirów na drodze w nocy, tego jak kończy się Allegiant…
3. Jakie jest twoje największe mrzenie?
Odp. Wyjazd do USA i napisanie książki, która zostanie bestsellerem..
4. Jaki jest twój ulubiony kolor?
Odp. Niebieski, ale na potrzeby kłótni z Ulą – zielony xd.
5. Lubisz czekoladę?
Odp. Głupie pytanie!
6. Jaki lubisz smak chipsów?
Odp. Nienawidzę chipsów..
7. Jaka była twoja ulubiona bajka w dzieciństwie?
Odp. Muminki! I Tabaluga *.*
8. Za co najbardziej cenisz ludzi?
Odp. Za szczerość.
9. Jak spędzasz wolny czas?
Odp. Czytam! Albo marnuję go, siedząc na Facebooku i Instagramie xd.
10. Uwielbiam… (dokończ)
Odp. CZTERY i DYMITRA i K3. <4
.
.
.
.
Blogi, które nominuję:
http://bardzo-dojrzale-btr.blogspot.com/

http://big-time-rush-forevers.blogspot.com/

http://music-sounds-better-with-you-girl.blogspot.com/

http://no-solo-we-duet.blogspot.com/
http://big-time-rush-ciri.blog.onet.pl/
http://paulinakfs.blogspot.com/
http://your-trouble-my-trouble.blogspot.com/
http://dance-in-the-rain.blog.pl/
http://when-the-darkness-comes.blogspot.com/
http://czas-ucieka.blog.pl/
http://noise-pollution.blog.onet.pl/
.
.
Pytania ode mnie:
1. Dlaczego prowadzisz bloga?
2. Skąd czerpiesz pomysły?
3. Jaka jest twoja ulubiona książka?
4. Jakie jest twoje największe marzenie?
5. Na co przeznaczyłabyś pieniądze, które wygrałabyś w toto lotka?
6. Jaki jest twój ulubiony blog?
7. Co chcesz robić w przyszłości?
8. Co jest twoim ulubionym przedmiotem w szkole?
9. Jaki jest twój ulubiony film?
10. Jaki jest twój ulubiony kolor?
11. Co lub kogo kochasz?
DONE XD

ArtPop – Part Two

Przełykam głośno ślinę z nienaturalnym wysiłkiem. Czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła i na razie nie ma ochoty wrócić na swoje miejsce.
Wiem, że moja odpowiedź się nie zmieni, ale i tak zwlekam możliwie długo z jej udzieleniem. Usiadłszy na pobliskim krześle, zmuszam się do spojrzenia Jamesowi w oczy i możliwe do zranienia go jak nigdy dotąd. Jego tęczówki w kolorze ciemnego piwa patrzą na mnie z ufnością i niecierpliwością. Kryją się w nich nieskończone pokłady nadziei.
Przestaję panować nad mięśniami swojej twarzy. Już nie są bez wyrazu. Teraz napinam je do granic możliwości. Nie zdziwiłabym się, gdyby przez to pękło mi jakieś naczynko.
- Nie zgodzili się – ledwo sama słyszę słowa wydobywające się z moich ust.
Czuję, jak ziemia usuwa mi się spod stóp. Nie jestem wstanie podnieść wzroku. Wbijam go tępo w swoje splecione na kolanach dłonie.
James nic nie mówi. Słyszę jedynie jak powietrze ze świstem opuszcza jego płuca. Teraz mam wyrzuty sumienia. Może za mało byłam przekonująca, gdy rozmawiałam z rodzicami. Prawdą jest też to, że niezbyt się do tego przyłożyłam. Nie chcę jechać. Nieważne jak bardzo kocham i jestem oddana Jamesowi, nie prostu nie chcę. To tutaj mam rodzinę, przyjaciół, a niedługo rozpoczynam studia na uniwersytecie stanowym. W tym miejscu mam swoje życie i nie chcę z niego rezygnować. Taka decyzja jednak niesie ze sobą konsekwencje. Gdy James wyjedzie do Los Angeles, a ja zostanę w Minnesocie, będę usychać z tęsknoty za nim. Gdybym jednak z nim pojechała… Jest tyle samo argumentów za, jak i przeciw. To niewiarygodne, że w tak krótkim czasie bezwładnie i nieodwołalnie uzależniłam się od jednego chłopaka.
Mogłabym nawet odnaleźć się w kalifornijskim klimacie. Wiecznie piękna pogoda – to nie byłoby takie znowu wielkie poświęcenie. Terminy składania papierów na uczelnię Stanforda jeszcze nie minęły. Mogłabym nawet zrobić sobie rok przerwy między szkołą średnią a studiami, ale… I tu zawsze pojawia się jakieś ale. Tym razem to są moi rodzice. Nie mogą przyjąć do wiadomości, że mają już dorosłą córkę. Ciągle traktują mnie jak małą dziewczynkę, a gdyby nawet im na to pozwolono, przywiązaliby mnie do kaloryfera.
James chodzi tam i z powrotem po pokoju. Jego zmiany kierunku są tak chaotyczne, że w końcu podnoszę wzrok i patrzę na niego z większą uwagą. Panele z ciemnego drewna roznoszą po pomieszczeniu odgłosy jego kroków.
- James… – szepczę, ale mnie nie słyszy. – Przepraszam – mimo wszystko kończę.
Tylko to jedno słowo przerywa całą jego wędrówkę. Chłopak zamiera w miejscu i patrzy mi prosto w oczy. Jego przepełnione smutkiem i odrzuceniem, a moje niewypłakanymi łzami.
- Myślałem, że wyjdziemy razem. – W tych słowach zawiera cały swój żal do mnie.
- Myślisz, że tego nie chcę? – doskonale rozumiem, co ma na myśli.
- Nie wiem, co mam myśleć.
Odwracam wzrok od twarzy Jamesa. Nie wiedziałam, że potrafi być takim egoistą. W ogóle nie sądziłam, że jego delikatna i współczująca natura zna taką cechę.
Wstaję z krzesła jedynie siłą woli. Mięśnie mam jak z waty. Serce mi krwawi, a mózg nie może sobie poradzić z nowym odkryciem. Rozumiem, że James czuje się odrzucony, ale nie musi patrzeć na mnie z taką odrazą.
- O której masz jutro samolot? – pytam, zakładając torebkę na ramię.
Rzucam mu ostatnie spojrzenie, w którym nie ma już wcześniejszej miłości. Teraz tylko bezgraniczna obojętność.
- O ósmej – słyszę jego odpowiedź, gdy ja już jestem na zewnątrz. Te dwa słowa jeszcze długo brzmią mi w uszach.

To be continued…

———————————————–

Nowa notka! I może jak już zauważyliście; nowy wygląd, brak baneru z informacją o zamknięciu… Zastanawiam się tylko, czy dalej chcecie czytać tylko o BTR? Może zacznę pisać coś bardziej fantastycznego? Piszcie w komentarzach ;)
Ah. No i oczywiście piszcie, co myślicie o tej notce!

 

Fire and Death – Part One

                Siedziałam razem z Kendallem w kuchni jego rodziców i słuchając muzyki, rozgrzebywałam swoją porcję spaghetti. To co miałam na talerzu, nie przypominało zdrowego posiłku. Makaron był jedną wielką kluchą, sos rozwodniony, a ser nawet się nie roztopił. Nie mówiąc już o niedogotowanym mięsie z puszki.
- Nie jedz tego – powiedziałam stanowczo.
Odłożyłam sztućce z westchnieniem i wbiłam wzrok w swoje paznokcie a raczej ich pozostałości; były obgryzione do samego końca.
- To wcale nie jest znowu takie złeee…
Kendall przeciągnął ostatnią literę i uśmiechnął się niewinnie.
Podniosłam na niego wzrok. Był uroczy i wszyscy mi go zazdrościli.
Chłopak zawinął sporą ilość makaronu na widelec i wsadził go sobie do ust.
- Słuchaj. – Poprawiłam się nerwowo na krześle. – Doceniam to, że nie chcesz mi zrobić przykrości, ale możesz przy tym dostać zatrucia pokarmowego. Oboje wiemy, że nie umiem gotować.
Kendall posłał mi ponad stołem wymowne spojrzenie. Moje słowa przyjął z wyraźną ulgą, ale i tak chciał się upewnić, czy nie żartuję.
Wypluł jedzenie z powrotem na talerz. Zakaszlał i zaczerpnął głęboko świeżego powietrza. Rozpaczliwie sięgnął po stojącą przed nim puszkę Sprite’a i upił z niej spory łyk.
- Trochę za słone – wykrztusił.
- To co, zamawiamy pizzę?
Zaśmiał się dźwięcznie i otarł usta wierzchem dłoni.
- Jakbyś czytała mi w myślach.
Wywróciłam oczami. Z głośnym zgrzytem podniosłam się z krzesła. Wzięłam talerze ze stołu i zgarnęłam resztki mojej porażki kulinarnej do kubła na śmieci.
- Następnym razem to ty gotujesz obiad – warknęłam.
Włożyłam talerze do zlewu. Obróciłam się przodem do Kendalla i oparłam o blat. Uniosłam głowę do góry i wbiłam wzrok w biały sufit. Stałam tak przez chwilę i biłam się z myślami. Nie zasługiwałam na Kendalla. Nawet nie umiałam mu ugotować zjadliwego obiadu.
On był przystojny i jego lista zalet sięgała nawet do kilku metrów. Opis mojej osobowości, z tej dobrej strony, zająłby ledwo dwa zdania. Nasz związek nie miał szans na powodzenie, a mimo to byliśmy razem. I byliśmy szczęśliwi. Na przekór moim rodzicom, którzy wprost nienawidzili mojego chłopaka. Pomińmy oczywisty fakt, że myślą, że jestem u koleżanki. Nawet nie próbowałam ich prosić o pozwolenie, żeby spędzić noc u Kendalla. Samo jego imię działało na nich jak płachta na byka.
Chłopak podszedł do mnie. Jedną ręką pogłaskał mnie  po policzku, a drugą przełączył stację w radiu. Z głośników poleciała kojąca ballada o miłości. Trafnie do mojego nastroju.
Usta Kendalla delikatnie musnęły moje. Serce chciało mi się wyrwać z piersi pod wpływem jego oszałamiającego dotyku.
Zarzuciłam mu ręce na szyję i odpowiedziałam na pocałunek. Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie.
Chłopak jednak odsunął się ode mnie równie szybko jak i zbliżył. Zaczął sunąć opuszkami wzdłuż mojej kości policzkowej przez szyję. Dotknął zagłębienia pod gardłem i powędrował dalej. Zgrabnie ominął naszyjnik, spoczywający na moim dekolcie. Palce zatrzymał dopiero przy rowku między piersiami. Czekał na moje nieme pozwolenie, ale nie otrzymał go. Oderwał opuszki od mojej skóry, jakby go sparzyła.
Uniósł głowę i spojrzał na mnie wyczekująco swoimi zielonymi, błyszczącymi oczami. Był zaintrygowany.
Mój oddech stał się słaby i płytki. Tak jak zawsze w obecności Kendalla.
Chłopak udał, że moje odrzucenie go nie dotknęło choć wiedziałam, że było wręcz odwrotnie.
Ściągnął sobie moją prawą dłoń z karku. Poniósł ją na wysokość oczu i delikatnie obrócił wierzchem do góry. Pocałował pierścionek z szafirem, spoczywający na moim serdecznym palcu. Symbol naszego narzeczeństwa.
- Pójdę zadzwonić po nasz obiad – odezwał się cicho.
Wypuścił mnie z objęć i zniknął w drzwiach prowadzących do salonu. Ja tylko stałam i tępo wpatrywałam się w kremową ścianę. Podtrzymałam się blatu, żeby nie upaść.

————————–

Nowa notka!
Przepraszam, że tak skaczę, ale chciałam, żeby coś było na blogu nowego, a nie miałam czasu nic przepisać. Postaram cię dokończyć wszystko, co zaczęłam i może w końcu dodać nowe fan fiction… Ma ktoś ochotę czytać?

Tym czasem mam do was ogromną prośbę!
Moja klasa wraz z drugą równoległą klasą jest w głosowaniu na projekt edukacyjny. (NUMER 37). Możemy wygrać dwa tysiące! Głosujcie! Proszę! Wystarczy, że wpiszecie swój mail i potwierdzicie. Zajmie wam mniej niż minutę!
Piszcie w komentarzach swoje maile (JEŚLI POTWIERDZILIŚCIE)!
Dziękuję z góry za pomoc ;)
LINK -> http://www.nowaera.pl/component/projektzklasa4/projekty/pokaz/66.html

Gif z dedykacją dla Uli, kuli xd. Sto lat <4

ArtPop – Part One

Idę na miękkich nogach. Bez większego zainteresowania mijam samochody i przechodniów na ulicach. Ci jednak rzucają mi badawcze spojrzenia. Przyglądają mi się, jakby w życiu nie widzieli drugiego człowieka. Mam coś na twarzy? Ptak wplątał mi się we włosy?
Kiwam sama do siebie głową. To niedorzeczne. Po prostu się gapią i tyle. Nie zwracam na nich uwagi, a moje myśli pędzą w nieznanych mi kierunkach. Nie zatrzymują się na konkretnej rzeczy, tylko skaczą od jednej do drugiej. Nie mam ochoty zatrzymywać się na jakiejś określonej. Jednak gdy w końcu twarz Jamesa przebija się do podświadomości, wzdycham z zachwytem. Ilekroć go widzę, właśnie tak reaguję.
Zatrzymuję się przed drzwiami z ciemnego drewna. Biorę głęboki wdech, a moje nozdrza wypełnia zapach fiołków rosnących nieopodal na werandzie.
Rozkoszuję się ciepłymi promieniami słońca okalającymi mi twarz. W końcu mają nadejść lepsze dni. Może tylko ja tak uważałam, ale cieszyłam się na nadchodzącą wiosnę. W końcu mogę szalik i czapkę schować głęboko na dno szafy. Nie będą mi już więcej potrzebne. Przynajmniej przez kilka miesięcy.
James otwiera drzwi, zanim zdążę nacisnąć dzwonek. Jestem ciekawa, skąd wie, że przyszłam. Chcę go o to zapytać, ale wtedy dostrzegam znajomą zaschniętą farbę na policzku chłopaka. Tym razem jest w odcieniu kobaltowego nieba. Za uchem tkwi zaś jak zwykle żółty ołówek. Niby takie drobiazgi, ale uśmiecham się na ich widok. Cały James. Jestem ciekawa, co dzisiaj stworzył. I czy chce mi to pokazać.
- Hej – mówię odruchowo.
Chłopak w odpowiedzi puszcza do mnie oko. Usuwa się z przejścia i zaprasza mnie gestem do środka. Wchodzę z niepewnością wypisaną na twarzy.
Moje myśli dalej chodzą własnymi ścieżkami, ale teraz chcę, żeby krążyły wokół jednego tematu. Wyjazdu.
- Podjęłaś decyzję? – pyta James w chwili, gdy w końcu odzyskuję kontrolę nad swoją głową.
- Ja… – urywam, nie kończąc zdania.
Wiem. Podjęłam decyzję. Teraz tylko nie wiem jak go o niej poinformować.

To be continued…

————————————–

Wiosna przyszła, tydzień temu weszła do kin Akademia Wampirów, za tydzień Niezgodna… I pomyślałam sobie, że mogę coś wstawić na bloga. Nie wiem, czy wrócę już na stałe. Na razie baneru u góry nie ściągam, ale cały czas tu zaglądam!
Piszcie co myślicie o tym opowiadaniu. I komentujcie! Fajnie wejść i widzieć, że jednak was interesuje to co czytacie ;)

Gif z dedykacją dla Uli ;*

Magic Love – Part Four

James
Nie mogłem zapanować nad drżeniem rąk. Gdy wrzucałem kolejne składniki do kociołka, więcej wysypywałem na blat koło niego lub na ziemię, niż rzeczywiście do niego trafiało.

Korzeń mandragory był ostatnią rzeczą, jaką potrzebowałem dodać do prawie gotowego już eliksiru. Tylko, że nadal nie rozumiałem kilku kwestii.

- Ta moc ją niszczy od środka – odezwała się za moimi plecami babcia Nikki. – Jest złem w jej życiu, a w końcu ją zabije.

Odkąd poznałem całą prawdę, czułem się dziwnie. I to nawet nie chodzi o to, że dziewczyna, która była moją dziewczyną od czterech dni i siedmiu godzin, a którą znałem odkąd pamiętam, była czarownicą. Nie, nie. Najgorsze było to, że nie miała prawa nią być.

Wedle wszystkich ksiąg na temat świata czarów i według samej pani Lennox wiedziałem, że w danym pokoleniu może urodzić się jedna czarownica. Katelyn i Nikki jednak obie otrzymały moc. Niepełną, jak się okazuje, ale otrzymały ją. I to starsza z sióstr miała prawo do zachowania swoich zdolności. A ja musiałem pozbawić Nikki jej części mocy. Jeśli nie po dobroci, to siłą.

- Może mi babcia wytłumaczyć, dlaczego mamy przygotować dwie porcje eliksiru?

Babcia westchnęła głęboko, ale nie skrytykowała mojego pytania. Może uświadomiła sobie, że nie odpowiedziała na nie wcześniej.

- Widzisz… Moc Nikki musi przejść do Katelyn. Inaczej ona nigdy nie uzyska pełnych zdolności. A żeby to się stało, między Nikki i Katelyn musi powstać taka jakby droga, przez którą przewędruje moc na swoje miejsce.

- A Katelyn nie wystarczy ta część zdolności, którą już ma? A Nikki wtedy zachowała by swoją?

- Nikki nie może być czarownicą – warknęła. – To wbrew naturze. Na razie chronią ją czary, ale one przestaną działać w noc letniego przesilenia.

- W jej urodziny – wyszeptałem.

- Tak. Wtedy Nikki skończy siedemnaście lat, a ciemna strona mocy zacznie się nią interesować. Zacznie rozumieć czarną magię, zgłębiać ją, bo tylko takiej będzie mogła używać. A to ją zabije. Ona sama siebie zabije.

- Nie ma innego sposobu? Przecież Nikki nie da sobie rady bez magii. To dla niej wszystko.

Babcia wzięła do ręki ścierkę i zaczęła sprzątać mój bałagan. Gdy poczęła nucić pod nosem jakąś nieznaną mi melodię, straciłem nadzieję, że odpowie na moje pytanie.

Widziałem, jak dużo kosztowało Nikki pozbieranie się po śmierci mamy. Odcięła się od wszystkich naszych wspólnych znajomych. Gdybym wtedy odpuścił i pozwolił jej zmierzyć się z rozpaczą w samotności, nigdy by mi tego nie wybaczyła. Tamten okres bardzo nas do siebie zbliżył. Wiedziałem, że Nikki jest bardzo silną dziewczyną, ale wtedy nie wiedziałem o niej wszystkiego. Gdy miała jakiś problem, szukała pomocy w magii. Nie miałem pojęcia, czy bez niej sobie poradzi.

Po chwili blat był już nieskazitelnie czysty, ale babcia jakby tego nie zauważyła. Dopiero po chwili się odezwała:

- Wrzuć alraunę. Już czas.

Ściągnąłem z szyi rzemyk, na którym spoczywała zawieszona mandragora. Była tak samo ohydna, jak gdy wkładałem ją pod koszulkę. Z wyglądu przypominała istotę ludzką, ale to było tylko pojęcie względne. Niemożliwe jest, żeby jakikolwiek człowiek miał tak powyginane członki.

Zacisnąłem dłoń na korzeniu. Był lekko chropowaty i dałbym głowę, że właśnie się poruszył. Jakby wyczuł, że trzyma go właściwa osoba.

Albo jakby wyczuł, że dziewczyna, którą ma ochraniać jest w niebezpieczeństwie.

Wtedy jednak tego nie wiedziałem. Patrzyłem tylko, jak kwiat wisielców rozpuszcza się w kontakcie z eliksirem.

~*~

Nikki
Dopiero pukanie do drzwi wyrwało mnie z zamyślenia.

- Wejść! – zawołałam.

Doskonale wiedziałam, że to James stoi za drzwiami. I cieszyłam się, że nie muszę się już przed nim ukrywać. Normalnie zaczęłabym gorączkowo ukrywać księgi zaklęć. Miło było posmakować odmiany.

Gdy chłopak z wahaniem wszedł do pokoju, posłałam mu najbardziej radosny uśmiech, na jaki potrafiłam się zdobyć. Mój wzrok padł na tacę z dwoma filiżankami i talerzem ciastek, którą trzymał w rękach.

- Pomyślałem, że może mogłabyś sobie zrobić krótką przerwę w nauce zaklęcia zamiany ciał i wypiłabyś ze mną herbatę?

James zawsze był słodki. Uwielbiałam, gdy się mną opiekował. Zawsze wtedy mogłam go bezkarnie wykorzystywać. Nie żebym robiła to często.

Raz nawet, gdy oboje mieliśmy po dziesięć lat, miałam grypę. On, jako jedyny nie bał, że się zarazić. Codziennie po szkole przynosił mi lekcje, pomagał nadrobić zaległości i opowiadał, co słychać w wielkim świecie. Często wtedy plotkowaliśmy na temat chłopaków i dziewczyn z naszej klasy. Nigdy nie czułam presji, gdy z nim przebywałam. Czułam się wtedy raczej, jakbym spędzała czas z bratem.

Minęło kilka lat, dużo rzeczy się pozmieniało; umarła moja mama, Katelyn była na mnie śmiertelnie obrażona, dowiedziałam się o świecie czarów, a James ciągle był taki sam. I to właśnie w nim lubiłam. Cały świat mógł przejść transformację, a James dalej byłby tym samym pucołowatym chłopcem z piwnymi oczami. Kochałam go, bo był moją ostoją, moją latarnią, która oświetla mi drogę. Od śmierci mamy to on był jedyną pewną rzeczą w moim życiu. Wiedziałam, że gdy się obudzę kolejnego dnia, będę mogła do niego zadzwonić. To na jego ramieniu wypłakiwałam sobie oczy. I to u jego boku czułam się kompletna. Jakby ostatni element układanki odnajdywał swoje miejsce właśnie przy nim.

- Tak właściwie, to czytałam o historii czarownicy, która stworzyła całą tę księgę – powiedziałam ze śmiechem.

James uśmiechnął się. Podszedł do biurka i zgarnął na bok wszystkie moje notatki. Zatrzymał wzrok na nagłówku akapitu, który czytałam zanim wszedł do pokoju: „czarna magia”, ale szybko przeniósł go na swoje palce.

Zmieszany chłopak odstawił tacę i podał mi różową filiżankę. Uniosłam ją do ust i skosztowałam łyk. Skrzywiłam się. Nie była dobra.

- Malinowa – powiedział James. – Twoja ulubiona.

Kłamał. W tej herbacie nie było ani grama malin. Było za to coś, co zdecydowanie nie powinno znaleźć się w moim organizmie.

- James… – wyszeptałam przerażona. Czułam, jak żołądek skręca mi się od środka. Z każdym kolejnym oddechem zaciskała mi się krtań. – Zabiłeś mnie.

Porcelana z głośnym hukiem upadła na ziemię.

~*~

James
Zamarłem, gdy zrozumiałem, co zrobiłem. Nigdy nie było żadnej pomyłki w naturze. Wszystko było na swoim miejscu, dopóki ja tego nie zepsułem. Cienka warstwa materiału, która przeszkadzała mi w trzeźwym myśleniu jakby została zdmuchnięta. I dopiero wtedy rozjaśniło mi się w głowie.

Zostałem zaczarowany. Zrobiłem coś strasznego.

Ciało Nikki ogarnęły drgawki. Zaczęła spazmatycznie łapać powietrze.

- Ja… nie wiedziałem! Myślałem, że tak ma być! Twoja babcia… – urwałem, gdy Nikki wsparła się o mnie całym ciężarem. – Przepraszam.

Zacząłem ją automatycznie głaskać po włosach.

- James – zakrztusiła się krwią, która teraz wypływała z jej ust.

- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze – powtarzałem kolejne kłamstwa jak w amoku.

Nie dbałem o zniszczoną  koszulę. Teraz już nic nie miało dla mnie znaczenia.

Gdy Nikki znieruchomiała w moim ramionach, chciałem natychmiast pójść w jej ślady; być tam gdzie ona. Niebo, piekło… nieważne. Byleby z nią.

Zacząłem dusić się powietrzem. Łzy spływały mi po policzkach.

Nawet kiedy zamknąłem oczy, widziałem zdezorientowane spojrzenie Nikki, a potem tę świadomość, która się w nim pojawiła, gdy zrozumiała, co jej zrobiłem.

Nigdy nie było zagrożenia dla Nikki z powodu jej mocy. To babcia była dla niej zagrożeniem. Wypiła drugą część eliksiru i teraz posiadała całą moc Nikki. Katelyn miała być następna, ale ja na to nie pozwolę. Jeśli nie mogłem uratować dziewczyny, którą kocham, chociaż spróbuję pomóc jej siostrze.

W całym domu rozległ się złowieszczy śmiech babci Lennox.

THE END

————————————

Więc… Tak sobie pomyślałam, że skoro nienawidzę dzisiejszego dnia, to równie dobrze mogę dodać notkę i obwieścić wam pewną nowinę. Więc:

.

.

.

MAM WAS W DUPIE; tak samo jak wy mnie. ŻEGNAM. Oficjalnie zamykam bloga.
To tyle. Odpowiedni baner już się pojawił.

Magic Love – Part Three

~*~

                Dziwny wisiorek pod koszulką Jamesa nie dawał mi spokoju przez cały dzień. Za każdym razem, gdy patrzyłam w miejsce na szyi, gdzie powinien być rzemyk, nie było go.  Może po prostu to sobie tylko wymyśliłam? Ale przecież nie mogłam się mylić. Wiedziałam, że coś tam miał i to mnie właśnie niepokoiło.

Jak i wiele innych rzeczy.

Sprawdzian z trygonometrii kompletnie zszedł na drugi plan. Nawet nie zwróciłam uwagi, że go napisałam. Pewnie znowu dostanę jedynkę, ale akurat nie to mnie najbardziej interesowało. Musiałam zorientować się, dlaczego eliksir zaczął dymić. Może się zepsuł? Może dodałam niewłaściwe proporcje? Przecież nawet miligramy robiły różnicę, a ja nigdy nie byłam zbyt precyzyjna.

Inną możliwością było, że wszystko jest dobrze. I właśnie ten dym, był takim sygnałem.

Nadzieja matką głupich.

~*~

                Humor poprawił mi się dopiero, gdy zabrzmiał dzwonek obwieszczający przerwę na lunch.

Szybko spakowałam swoje rzeczy, żeby nie musieć czekać w kolejce na stołówce, ale James położył mi dłoń na ramieniu i obrócił mnie delikatnie ku sobie.

- Coś się stało? – zapytałam zbita z tropu.

- Nie, tylko pomyślałem, że moglibyśmy pójść coś zjeść. Razem i nie koniecznie byłaby to tłusta lasagne.

Przestałam się kręcić i zatrzymałam wzrok na twarzy Jamesa. Mówił serio.

- Wiesz, że nie lubię lasagne.

To była najgłupsza odpowiedź, jaką kiedykolwiek udzieliłam. Poza bąkami Lirena.

- Właśnie, dlatego proponuję lunch w tej nowej włoskiej knajpce za rogiem.

- Coś się stało? – powtórzyłam poprzednie pytanie. Nigdy nie wychodziliśmy poza szkołę, żeby coś zjeść. Musiał albo coś nabroić, albo z dnia na dzień dotarło do niej, że szkolna stołówka to wylęgarnia karaluchów i miażdżycy.

- Po prostu… – zawahał się na chwilę.

Przygryzł wargi, jakby nie wiedział, czy może powiedzieć mi prawdę.

Nie naciskałam. Wolałam, żeby sam to z siebie wyksztusił.

- Po prostu chciałbym o czymś z tobą porozmawiać – skończył na jednym oddechu.

Widziałam, jak napiął mięśnie w całym ciele. Wyraźnie bał się zacząć ten temat.

- Okeeej… – przeciągnęłam samogłoskę. – I do tego musisz mnie zabrać do restauracji?

Uniosłam jedną brew.

- Tak chyba byłoby bardziej… – szukał odpowiedniego słowa.

- Delikatnie? – Podrzuciłam.

- Akurat nie to miałem na myśli, ale dowiesz się wszystkiego na miejscu.

- W takim razie chodźmy – uśmiechnęłam się przez łzy. Chyba wiedziałam, czego ma dotyczyć nasza rozmowa.

~*~

                – Nie wiesz, co się dzieje z Katelyn? – zapytałam przy przejściu dla pieszych.

Miejski zgiełk i południowe słońce mocno dawało mi się we znaki. Nie miałam zwyczaju wychodzić o tej porze do centrum i zdecydowanie tego nie polubię.

- Wiem tyle, ile Will.

- Czyli więcej niż ja – powiedziałam ostro i wbiłam wzrok w swoje stopy.

- Jesteś jej siostrą. Powinnaś wiedzieć.

- Ale nie wiem. Przecież wiesz, że nasze kontakty się popsuły.

Rozglądnęłam się dookoła. Nic się nie zmieniło odkąd byłam tu ostatni raz jakiś miesiąc temu. Sklepy były te same, ulice też… Samochody w dalszym ciągu tkwiły w korkach, a przechodnie spieszyli się, żeby zdążyć przejść przez przejście, zanim światło zmieni się na czerwone.

Ja też niby byłam ta sama, ale jednak zupełnie inna. Bo wiedziałam, że za jakieś pół godziny mój świat prawdopodobnie legnie w gruzach.

- Will ma problemy w domu. Jego rodzice się rozwodzą.

Prychnęłam.

- Nie powiedziałeś mi nic, czego bym już nie wiedziała.

- Przez to nie poświęca Katelyn tyle czasu, ile by chciała – ciągnął niewzruszony.

Chyba już wiedziałam, co moja siostra sobie przybrała do głowy. I do tego był jej potrzebny eliksir miłosny. To jednak zachowałam dla siebie.

- A ona nie wie, co się dzieje?

James westchnął i włożył ręce do kieszeni. Jego wzrok zawisł gdzieś między duchotą Los Angeles, a chłodem wyobraźni.

- Chyba jest zbyt egoistyczna, żeby dostrzec, że Will potrzebuje wsparcia.

- Mnie tego nie musisz mówić. Rządzi nim chyba jeszcze bardziej, niż kiedyś.

Wyciągnęłam dłoń przed siebie i zacisnęłam palce. Światło natychmiast zmieniło kolor na zielone i pociągnęłam Jamesa na drugą stronę ulicy.

Chyba nikt nie zauważył, że użyłam odrobiny magii.

Chłopak nie skomentował. Szedł w ciszy obok mnie i całą swoją uwagę skupiał na tym, żeby tempo swoich kroków dopasować do mojego.

On przynajmniej jak podejrzewałam, miał neutralny temat to rozmyślań. Ja zamartwiałam się tylko tym, jak zareaguję na jego rewelację. Jakby nie mógł mi powiedzieć wprost, że już mu się znudziłam. I że nie chce być moim przyjacielem.

Zatrzymałam się kilkaset metrów przed restauracją. Moje nogi jakby wrosły w ziemię i nie byłam wstanie się ruszyć, dopóki nie poznam powodu naszej eskapady.

- James? – zawołałam go.

Chłopak szybko do mnie podszedł i stanął naprzeciwko. Był tak blisko, że bez wysiłku mogłabym go dotknąć, ale jednak tego nie zrobiłam.

- Choć. Zaraz skończy się przerwa – wyraźnie nie wiedział, o co mi chodzi.

Odetchnęłam głęboko, by zebrać się na odwagę. Nie chciałam spędzić lunchu w jego towarzystwie, a potem dowiedzieć się, że James wyjeżdża, umiera, albo inne bzdety.

- Jeśli chcesz zakończyć naszą przyjaźń, to po prostu mi powiedz. Bez owijania w bawełnę – wykrztusiłam.

Chłopak wytrzeszczył oczy, ale zaraz doprowadził się do porządku i przybrał poważny wyraz twarzy.

- Tak – położył nacisk na każdą literę tego krótkiego słowa. – Nie chcę już być twoim przyjacielem.

Myślałam, że cały mój świat właśnie runął mi na głowę. Spełniły się moje obawy i nic nie mogłam zrobić, żeby temu zapobiec. James nie czuł do mnie tego samego co ja do niego. Nie podobałam mu się, a teraz nawet nie chciał się ze mną przyjaźnić.

- Mogłeś powiedzieć od razu. Oszczędziłbyś mi wędrówki do tej knajpy.

Łzy zalśniły mi w oczach i zaczęły ściekać po policzkach.

Teraz jeszcze wyszłam na zrozpaczoną małolatę. I może taka byłam.

James błyskawicznie znalazł się koło mnie. Położył mi ręce na talii i przyciągnął do siebie.

Chciałam się opierać, ale byłam zbyt słaba. Moja siła nie mogła równać się sile chłopaka, który cztery razy w tygodniu ćwiczy na siłowni. Ja nawet na wuefie się nie udzielałam.

- Nie chcę już być twoim przyjacielem – powtórzył. – Chcę być kimś więcej.

Schylił się i pocałował mnie.

Takiego obrotu spraw w życiu bym się nie spodziewała. Może jednak eliksir miłosny nie będzie potrzebny?

Z wyczuwalnym wahaniem odwzajemniłam pocałunek. Czułam, jak James się uśmiecha.

Zarzuciłam mu ręce na szyję i przylgnęłam całym ciałem do jego torsu. On także nie pozostawał mi dłużny. Przeniósł dłonie na moje plecy i błądził po nich; raz głaskał moje łopatki, raz znowu prowadził je na talię.

Oderwaliśmy się do siebie dopiero, gdy jakaś starsza pani wetknęła między nas swoją laskę.

- W moich czasach to była hańba! – Zaskrzeczała i wykrzywiła twarz.

My zaś wybuchliśmy niepochamowanym śmiechem.

Staruszka jeszcze coś zrzędziła, że dzisiejsza młodzież jest niewychowana, ale my na to nie zwracaliśmy uwagi.

Wychodziło na to, że eliksir rzeczywiście nie będzie mi potrzebny.

- Wiesz… – zaczął James, gdy już trochę się uspokoiliśmy. – Dzisiaj rano twoja babcia dała mi wisiorek. A właściwie amulet.

Chłopak sięgnął pod koszulkę i wyciągnął zza niej niewielki przedmiot, zawieszony na rzemyku.

Zamarłam.

- Czy ty wiesz, co to jest?

Przytaknął z uśmiechem.

- Wiem o wszystkim.

Nie powiedział tego oskarżycielsko. Raczej łagodnie i wesoło, jakby cieszył się z takiego obrotu sprawy.

- O eliksirze też – uzupełnił. – I to dlatego twoja babcia dała mi alaunę…?

- Alraunę – poprawiłam odruchowo.

- No właśnie to.

Przygryzłam wargę i zrobiłam krok do tyłu. Ręka Jamesa, która spoczywała chwilę temu na mojej talii, zawisła w powietrzu między  nami.

- I dalej chcesz się ze mną zadawać? Nawet, gdy już poznałeś prawdę?

James zrobił z ust dziubek i zaczął drapać się po głowie, zastanawiając się nad odpowiedzią.

Gdy już skończył, brakowało mi tylko zaświeconej nad nim żarówki i dźwięku jak w teleturniejach.

Zamiast coś powiedzieć, chłopak objął mnie i pocałował. Tym razem bardzo wolno i krótko.

- Czy to może być odpowiedzią? – zapytał, muskając ustami moje ucho.

W takim razie eliksir nie będzie mi potrzebny. Katelyn może sobie wziąć wszystko, co udało mi się do tej pory zebrać. I w dalszym ciągu pozostanie jej do zdobycia krew smoka i mandragora. A ja byłam tylko ciekawa, skąd nasza babcia wiedziała o moich zamiarach. I czy rzeczywiście Jamesowi nie przeszkadza fakt, że jestem czarownicą?

- Tak – wykrztusiłam w końcu. – I mógłbyś zrobić to jeszcze raz.

Zaśmiał się, ale bez ociągania znowu mnie pocałował.

To be continued…

——————————————————————

Dzisiaj tak, a w poniedziałek nowa i ostatnia część + ogłoszenie. Pozdrawiam… I do poniedziałku ;)